Wstajemy rano. Ostatni prysznic i śniadanie w porcie. Napełniamy zbiorniki świeżą wodą – za chwilę wypływamy z Ipswich. Odcumowaliśmy Gaudka i wyruszyliśmy zatrzymując się po drodze na stacji, aby zatankować paliwo. Gdy już płynęliśmy na silniku, Mateusz przeprowadził z nami szkolenie. Jak potem się okazało większość ze zdobytej wiedzy okazała się niepotrzebna (jak w szkole;-) ). Nie udało się na ani razu wykorzystać kamizelek ani szalupy ratunkowej ;-)
Wachty:
1. Mateusz, Olek, Kasia
2. Szymon, Ola, Filip
3. Piotrek, Miłosz, ja
Po południu już wypłynęliśmy na szerokie morze w towarzystwie innych miejscowych jachtów. Obrany przez nas kurs to południowa Norwegia. Wiatr nie był zbyt mocny, ale mogliśmy płynąć na żaglach – dobry początek rejsu. Rozkoszowaliśmy się słonkiem i wiatrem rozwiewającym nasze włosy; niestety mnie to nie dotyczyło.
Sternik(czka) z wprawą prowadziła jacht pomiędzy odpowiednimi kardynalkami w głąb szmaragdowego morza Północnego.W tym samym czasie wachta kambuzowa wraz z Rafałem przygotowywała obiad. Dzisiaj były wyśmienite pulpeciki – kurcze, aż teraz myśląc o nich przypomina mi się ten zapach, co gorsza właśnie jesteśmy ze znajomymi w drodze z Lipska a nasze brzuszki są zupełnie puste.
Po obiedzie dalej korzystaliśmy z uroków żeglowania, co wyglądało mniej więcej tak:
Wieczorem rozpoczęła się nasza wachta… trwająca do północy. Niestety wiatr zupełnie osłabł i musieliśmy płynąć na silniku. Gdy zrobiło się zupełnie ciemno, na morzu widoczne były tylko delikatnie błyskające światła boi, zielone i czerwone oświetlenie statków oraz choinkowe lampy platform wiertniczych. Oprócz spokojnego i jednostajnego pomruku silnika nie było już słychać nic. Jednak całe przedstawienie odbywało się ponad nami… na niebie. Była to bezchmurna i dość ciepła noc na środku morza Północnego. Był to pierwszy tak magiczny wieczór podczas tego rejsu. Na decku zostałem jeszcze długo po zakończeniu swojej wachty.
Ten wieczór niestety mniej przyjemnie upłynął Mateuszowi – z zatruciem dołączył do chorującej wcześniej Oli i Kasi. Przez Filipa ten proces został nazwany „rewersem z brzucha” ;-)

4 komentarze:
Jak to oprócz silnika nie było nic słychać? a muczące kardynałki? ;-) :P:P
A co do chorowania to chyba za szybko wliczyłeś w to Olę..? Chyba, że o czymś nie wiem ;-) A może tak być bo spałam wtedy dość.. dużo :P (Dzięki za przejęcie wachty :D:P)
No tak!!! zapomnialem o tych krowach na środku morza ;-) już poprawiam w takim razie!
No właśnie infirnację o Oli mam z notatek Filipa, który robił je podczas rejsu. Ponoć ona chorowała po południu/wieczorem.
Dla mnie to była przyjemność... fajnie sie stało za sterem Gaudka... ahhh rozmarzyłem się.
Jak mogłeś zapomnieć?! :P
O matko. Nie spodziewałam się, że wprawiona po 2 tygodniach Ola jeszcze mogła chorować ;-) Tym bardziej, że się nie chciała przyznać ;-)
A sterowanie to była bardzo fajna część rejsu ;D
haha no w sumie chyba ty najczęściej stałaś za sterem, co zresztą widać na zdjęciach.
Prześlij komentarz