czwartek, 17 lipca 2008

Wyjazd!!!

...6:45 no to już dłużej przeciągać nie mogę - wstaję. Pakowanie, zbieranie i jedziemy z mamą na dworzec.
8:15 Jestem pierwszy.
Dzwoni telefon... Filip - będzie za chwilę.

oo i już jakaś dziewczynka ;-) no dobra... już prawie kobieta, podeszła z rodzicami. Wita się ze mną. Więc to musi być Kasia.
OK powoli wsiadamy do busa, pożegnania, wstydliwe buziaczki z rodzicami (oj mamo przestań! dorosły już jestem!) i jedziemy.

Pamiętam, że chwilę rozmawialiśmy o tym skąd się wzieliśmy i co tu robimy... a potem już tylko pamiętam jak ktoś podszedł do mnie i bardzo ciepłym głosem, głaszcząc i całując po policzku stara się mnie obudzić. Potem się niestety obudziłem i okazało się, że to tylko kierowca mocno zachamował a moje czoło z impetem wylądowało na siedzeniu przede mną. Potem się dowiedziałem, że wyglądałem jakbym był na jakimś koncercie metalowym -gdy zasypiałem opadała mi głowa a potem podnosiłem ją zarzucając "grzywką" do tyłu. Oj tak... świętej pamięci "grzywka" :-P

No dobra... szmery bajery i jesteśmy w samolocie. Dla Kasi to pierwszy raz jak leci samolotem i "trochę" to przeżywa. Na dodatek my nakręcamy atmosferę - Filip jest pilotem szybowców i opowiada "ciekawe historie". Ja też widziałem kilka filmów o katastrofach lotniczych. Oczywiście starałem się na głos przypomnieć jak najwięcej szczegółów. Było bardzo wesoło, przynajmniej dla mnie i dla Filipa... chociaż mimo lęku przed nieznanym, od czasu do czasu na Kasiowych ustach pojawiał się skromny uśmieszek.

Potem nastała ciemność, ale spokojnie to nie jest horror... po prostu zasnąłem. W końcu wczoraj do późna byłem na pożegnalnej imprezie ze znajomymi - zapomniałem o tym wspomnieć w poprzednim poście. Było to po wizycie w Makro.

Po wylądowaniu w Liverpoolu na litnisku im. Johna Lennona wyglądaliśmy mniej więcej tak (oczywiście ja robię zdjęcia):
No to teraz zaczeła się zabawa!
Trochę zmęczeni, zaczęliśmy bredzić i śmiać się praktycznie z niczego. Ciągle łaskotanie dobrym humorem utrzymaliśmy już do końca naszej podróży i rejsu ;-)

Wróćmy na ziemię!
Siedząc w poczekalni lotniska nadszedł czas, aby pomyśleć co robimy dalej. Ktoś bardzo rozsądny stwierdził, że warto pomyśleć nad tym, gdzie będziemy spać. Do wyboru mieliśmy imprezowanie w pubie w którym Beatlesi rozpoczynali swoją karierę, poszukanie jakiegoś jachtu, gdzie mili ludzie nas przenocują albo ławki w parku w okolicy dworca autobusowego.
Przygotowując się na najgorsze Filip przypomniał sobie, że zapomniał zabrać ze sobą śpiwora. Wybraliśmy się, więc na zakupy do pobliskiego marketu wraz z naszymi 20kg torbami (Kasi była nieznacznie cięższa, za co później byliśmy bardzo wdzięczni).
Wyglądało to mniej więcej tak:

Przed sklepem robiąc zdjęcia, śmialiśmy się bardzo po polsku a jakiś Brytyjczyk podszedł i zaczął nas wypytywać, gdzie jest jakaś ulica i magazyny firmy DHL. Chyba wyglądaliśmy na bardzo miejscowych :->
Było to o tyle zabawne, ponieważ:

  1. mówiliśmy w dziwnym i obcym dla Anglików języku.
  2. robiliśmy zdjęcia przed witryną supermarketu, gdzie były relkamy z wyprzedażami
  3. z koszyka na zakupy zrobiliśmy koszyk na bagaże i jeździliśmy nim po parkingu
  4. jedyna dziewczyna jaka była z nami, była ładna, ładnie się usmiechała i na pierwszy rzut oka ważyła mniej niż 85kg, co w przypadku angielek zdarza sie tak często jak białe jednorożce.
Kontynuując opowieść o naszych poczynaniach nie mogę pominąć faktu, jak próbowaliśmy skorzystać z lokalnej komunikacji autobusowej. Niestety to, co wydaje się dość oczywiste, tak proste w rzeczywsitości już nie jest. To, że staliśmy na przystanku i machaliśmy do nadjeżdzającego autobusu nie oznacza, że on się zatrzyma. Nasz smutek i niezadowolenie z tego faktu było równe wadze naszych bagaży.
Na szczęście przystanek 100m dalej już działał prawidłowo.


Postanowiliśmy pojechać w najbardziej charakterystyczne miejsce Liverpoolu, czyli Alberts Dock. W końcu TTSR musi mieć coś wspólnego z historycznie jednym z najważniejszych portów świata.

Więc gdzie w końcu będziemy nocować? Powyższe zdjęcia przedstawiają 2 opcje. Jednak czy na pewno są one właściwe? Jak widać Kasia zajęła już miescje dla siebie. Jak widać po jej ubraniu jest to wystarczająco ciepłe miejsce. Jednak o Filipie tego powiedzieć nie można - nawet oceaniczny sztormiak nie jest wystarczający - ja czułem się tak samo zmarznięty. Dlatego postanowiliśmy szukać dalej...

Ngle zauważyliśmy napis Gedania i polską banderę - NASI! jesteśmy uratowani!!!
To miejsce okazało się o wiele bardziej przyjazne! Kapitan i załoga ugościli nas na pokładzie Gedanii. W komfortowych warunkach mogliśmy skorzystać z jednej z 3 łazienek, wziąć prysznic i wreszcie sie wyspać :-)


Rano czekała nas następna niesamowita niespodzianka jaką przygotowała nam załoga. Były to bogato zastawione stoły świeżutkim i pachnącym śniadankiem. Konsumowaliśmy wszystko po kolei z wielkim smakiem -nie spodziewaliśmy się, że ba jachcie można tak dobrze jadać. Jak później się okazało to był dopiero początek naszych kulinarnych przygód i niespodzianek.




7 komentarzy:

Szekla pisze...

Tak. To było fajne przeżycie ;-) Ale poza tym to sobie grabisz ;-) Na pierwszy rzut oka mniej niż 85kg.. A na drugi to już nie?! ;-) A to, że tylko mnie nie było zimno miało znaczyć, że jestem oziębła i gruboskórna?!:P Chociaż było kilka miłych fragmentów ;D

MWr pisze...

no dobra wiedziełem, że się przyczepisz tych 85kg i zrozumiesz to na swój kobiecy (tak wreszcie to mówie: kobiecy) sposób - to teraz zagrabiłem;-)
Na drugi rzut oka to na tyle, że w sam raz <- To co udało mi się jakoś wybrnąć? ;-)

Ty oziębła i gruboskórna??? nie mam pojecia o kim mówisz. :)
jak powiedzieć tak o kimś kto chodząc tańczy, a siedząc śpiewa (po kilka godzin bez przerwy!!)? :-)

Na myśl o tym przychodzi mi do głowy taka piosenka zespołu AKURAT - Pomarańcze
"więc śpiewam i tańcze i jem pomarańcze" ;-)

Szekla pisze...

Michał, porzuć ten temat.. ;-) Powiedzmy, że darowałam Ci za wiele miłych słów jakie tu mogłam przeczytać, a wcześniej jakie usłyszałam.. Z resztą i tak wiem, że mnie kochacie!! ;-)

Osoba, która tańczy chodząc a śpiewa siedząc to w mowie potocznej wariat(ka) :D:D

MWr pisze...

Ok to go nie rozwijam bo masz argument, którego na szczeście tutaj nie przytoczymy ;-) - tak na marginesie to wczoraj w Tawernie z Moniką, Matim oraz Olkiem przeglądaliśmy właśnie zdjęcia jak gotowali chłopaki zupe na Sharkim i zaprosili nas na obiad. Fajne są tezdjęcia.

No ba?! my sie tam wszyscy w sobie wzajemnie zakochaliśmy! ;-) Atmosfera była niepowtarzalna.. w ciągu kilku dni wszyscy dla wszystkich stali sie przyjacółmi.

Wiesz.. wariactwo jest pojęciem względnym, wymyślonym przez człowieka i określającym zachowania ponad typowe ;-) Ale nie zmienia to faktu, że od Ciebie ciągle biła radość i uśmiech.
A znasz tą piosenkę o której pisałem wcześniej? Tylko Ci pomarańczy brakowało ;-)

Szekla pisze...

Piosenki nie kojarzę, ale pewnie znam, bo ja po tytułach to nie za bardzo ;-) Ale pomarańczy mi brakowało ;D A obiad na Sharkim był.. śmieszny ;P

A z Żeglarzami tak już jest, że szybko się zaprzyjaźniają.. My jesteśmy tego najlepszym przykładem :-)

MWr pisze...

No widzisz... to po prostu idealna piosenka dla Ciebie :-)

Było świetnie i nie ma już co tego rozstrząsać tylko trzeba myśleć jak najszybciej to powtórzyć ;-)

Szekla pisze...

No toż ja już czekam aż się zbierzecie i do mnie przyjedziecie, tak? Ile razy mam Was jeszcze zaprosić?! :P Ja przyjadę dopiero październiku do Szczecina, więc MOŻE, jak ładnie poprosicie, znajdę dla Was chwilkę ;-);-);-)