niedziela, 27 lipca 2008

O godzinie 0900 wyruszyliśmy wraz z Sharkim do Bergen. Płynęliśmy bardzo krótko, robiąc po drodze trochę świrniętych zdjęć. Nasz jacht zacumowaliśmy w samym centrum tego przepięknego miasteczka. Widok był niesamowity, drewniane „kamieniczki”, wzdłuż wybrzeża olbrzymi targ rybny oraz góry. W przystani stało kilka jachtów w tym potężny i zapierający dech w piersiach ZigZag pod brytyjską banderą.
Tego dnia zaprosiliśmy na obiad załogę Sharkiego. Aby pokazać naszą gościnność specjalnie wypolerowaliśmy najlepszą zastawę jaką mieliśmy (Ikea 9,99zł). Jedynie Szymon sprawiał problemy. Zapomniał wypolerować widelca między ząbkami, gdzie został kawałek wczorajszego pulpeta!!

W trakcie gotowania okazało się, że skończyły się ziemniaki. Nie zostało nam nic innego jak wyruszyć na ich poszukiwania. Kasia zabrała ze sobą otrzymany prezent, którym był przepiękny, czerwony pomidor. Po drodze zatrzymaliśmy sie przy lokalnej fontannie oraz abstrakcyjnej rzeźbie aby zrobić kilka pamiątkowych zdjęć.
Wracając do zadania jakie mieliśmy wykonać... znalezienie otwartego sklepu okazało się trudniejsze niz myśleliśmy. Szymon postanowił zasięgnąć języka u napotkanej po drodze kewlarowłosej pani z lokalnej pizzerii. Jak się okazało trwało to dość długo. Bynajmniej nie dlatego, ze pani miała problemy z angielskim... po prostu miała spore niebieskie oczy i nogi az do samej ziemi. Nie mieliśmy serca przerywać Szymonowi wypytywanie owej pani o drogę, więc minęło następne kilkanaście minut.

Na jacht wróciliśmy* „trochę” spóźnieni za, co dostaliśmy zasłużony ochrzan. Po obiedzie część załogi wybrała się na spacer, druga część zajęła się sprzątaniem a trzecia część relaksem i wypisywaniem kartek pocztowych.









Wieczorem z Mateuszem i Kasią poszliśmy zobaczyć drewniane kamieniczki, które mijaliśmy wpływając do portu. Tam też przenieśliśmy się do XVIII wieku spacerując po korytarzach, balkonach i placach pomiędzy zabudowaniami. Podłogi pod naszymi stopami skrzypiały a stopnie schodów poruszały się nieznacznie. Dla Kasi było to bardzo traumatyczne przeżycie tym bardziej jak zobaczyła… Sęka. To znaczy dziurę w desce na podłodze a przez dziurę, piętro znajdujące się pod nami. Nie zastanawiając się długo wystraszona odskoczyła na bok swym tanecznym krokiem. Odetchnęła dopiero jak znaleźliśmy się na twardej i stabilnej ziemi na zewnątrz.

Idąc dalej doszliśmy jeszcze do ZigZaga, którego dokładnie obejrzeliśmy (z zewnątrz). Był to niesamowicie piękny i olbrzymi jacht. Na oko miał ze 40m przepięknie wypolerowanego pokładu przyozdobionego błyszczącym osprzętem. Postaliśmy i pośliniliśmy się chwilę przy nim. Potem wróciliśmy na pokład naszego Gaudeamus, mijając pijanych właścicieli motorówek, usiłujących zluzować cumy swoich jednostek.

Wieczór spędziliśmy na kolacji na Sharkim przy szantach w wykonaniu Kasi i Rafała.

*bez Kasi pomidora, który został skonsumowany przed jedynym otwartym sklepem jaki znaleźliśmy

11 komentarzy:

Szekla pisze...

Nie dodałeś, że podczas spaceru Szymon poznał pewną miłą Norweżkę, pracującą w pizzerii... Albo... że pomykałam przez całe miasto z pomidorem w ręce ;-) Albo... Jak żeście biednego Szymona ochrzanili, że nie dość ładnie poleruje sztućce.. ;-) JAK PYSZNA BYŁA KOLACJA NA SHARKIM!! ;P Narazie mi się pomysły skończyły co jeszcze mogło się dziać ;-);-);-)

MWr pisze...

wow ale dużo zapomniałem :-(((
ehh nie nadaje się to tego :/

faktycznie to wszystko było i kiedyś pamietałem, żeby to opisać...

Szekla pisze...

Och, wybacz, wjechałam Ci na Twój perfekcjonizm, tak? ;P To, że się zapomina pewne, nie aż tak istotne szczegóły to naprawdę nic strasznego!! Poza tym daj się też innym trochę spełnić i Ci o kilku rzeczach poprzypominać ;-)

MWr pisze...

hehe no jakoś zupełnie tego nie pamietałem. Ale niech tak będzie :-)

A widziałaś, że dopisałem te rzeczy o których mówiłaś?

Szekla pisze...

No widziałam, widziałam.. ;-)





Zastanawiam się czemu tylko ja (poza Autorem) coś komentuję..? :(

Anonimowy pisze...

bo mnie tu jeszcze nie było - jaaaaadę dopiero (jakieś 31 godzin....)

Szekla pisze...

Czeeść Monika!! :D O matko! 31 godzin?! Gdzie?! :O

MWr pisze...

O Monia się wreszcie ujawniła!! :-)

ponoć czyta to dużo więcej osób niż się spodziewałem! ale niestety malo kto ma ochotę się wypowiedzieć.

Ale na pewno jakby więcej osób sie wypowiadało byłoby to dla mnie bardziej mobilizujące do pisania nowych postów :D

Anonimowy pisze...

ujawniam się powoli..... jeszcze nie pojawiłam się w opowieści ;) jak Michał będzie pisał to tak długo, jak my jechaliśmy do Maloy - to mam szansę na komentarze do wydarzeń, jakoś przed świętami..... oby choinkowymi, a nie jajowymi....

LoneWolf pisze...

Czy to przypadek ze z taka ironia napisales o ludziach z motorowek, czy w zeglarskim swiecie "lubia" sie tak jak kierowcy motocykli i samochodow? :P

MWr pisze...

tak samo jak snowboardziści i narciarze :P dresy i metale... no można by tak mnożyć te porównania ;-)